Teologia.protestanci.org - teologia dla początkujących i zaawansowanych   

www.teologia.protestanci.org   


 .:strona główna

 .:wprowadzenie
 .:teologia
 .:historia
 .:kościoły
 .:polemiki
 .:osobiście
 .:etyka
 .:rodzina
 .:forum dyskusyjne
 .:kontakt

 .:Protestanci.org

Natalia Mikołajska: "Jak zostałam protestantką."

Początki wiary
Urodziłam się w rodzinie półkatolickiej, choć może nie pół, bo tak w dwóch trzecich, albo nawet trzech czwartych. Pamiętam, jak jeszcze w przedszkolu bawiłam się kiedyś z tatą we wzajemne przewracanie się na tapczanie i w pewnej chwili zapytałam go dlaczego nie chodzi do kościoła (mnie mama zawsze zabierała ze sobą, a ojciec nigdy nie szedł z nami). Spytałam też, czy wierzy w Boga. On odpowiedział wtedy i chyba cały czas tak twierdzi, że oczywiście w Boga wierzy, ale „inaczej”. Inność ta polegała i wciąż polega na tym, że nie chodzi on do kościoła, bo po co? Kiedy skończyłam podstawówkę, skończyłam, tak jak i ojciec chodzić na msze, Boga odstawiłam na boczny tor. Jak większość katolików, myślałam wtedy, że na Niego, jak i na wszystko inne, przyjdzie czas (może mój ojciec też tak myśli?). Planowałam, że kiedy zostanę staruszką, zacznę codziennie, a może i co drugi dzień biegać do kościółka, chętnie odmawiać różańce i inne litanie. Tak niestety często robią katolicy - myślą, że można sobie na zbawienie zapracować, a poważnie zaczynają rozważać to dopiero na starość, kiedy coraz bliżej im do ziemi, a co za tym idzie, w dni powszednie i w niedzielne poranki kościoły pełne są staruszków, emerytów i rencistów. Moja mama była zrozpaczona moim odejściem od Boga i Kościoła, bardzo to przeżywała. Wciąż nakłaniała mnie do pójścia z nią na mszę w którąś niedzielę.

Na końcu liceum, w wakacje między trzecią i czwartą klasą, miałam bardzo poważny wypadek. Moje szanse, że przeżyję, były rzędu jeden na milion (czyli były nader nikłe), a i tak, gdyby udało mi się przeżyć, miałam być roślinką, za którą oddychać miała maszyna, i która jeść miała przy pomocy plastikowej rurki. Mimo to ukończyłam studia - ciężkie, bo techniczne na Politechnice Poznańskiej - i jestem dla lekarzy cudem. Fakt, Bóg dał mi drugie życie, ale myślę, że to dzięki temu, że w chwili wypadku krzyknęłam „Jezus” (wiem o tym z opowiadań ludzi, którzy jechali ze mną samochodem, bo ja sama nic nie pamiętam). Już sam ten fakt powinien starczyć, abym do Niego wróciła. Jednak tak się nie stało. Bóg musiał poszukać innej drogi. Taką upartą duszyczką byłam, cały czas jestem i dobrze mi z tym. Szczególnie, że na początku wszystkiego, czyli okresu powypadkowego, to nawet miałam do Niego żal o to, że przeżyłam. Wypadek wiele zmienił w moim życiu, a właściwie zamienił je całkowicie w zupełnie inne - kuleję i strasznie się ślimaczę, czyli w efekcie, a raczej na skutek tego, poruszam się bardzo wolno.

Wolność
Zawsze kochałam wolność. Starałam się z niej korzystać na każdym kroku i wciąż być „wolna” w taki sposób, w jaki ja odbierałam wtedy tę moją wolność („MOJĄ” drukowanymi literami!). Jednak nie oznaczało to, że prowadziłam życie rozwiązłe. Wcale nie, pewnie Bóg cały czas miał na mnie oko. Teraz tak sobie myślę, bo okazji do stoczenia się w dół nie brakowało, chociażby te, gdy kilkakrotnie mogłam spróbować narkotyków, a łatwo popadam w nałogi, jednak jakoś tego nie zrobiłam. Moja „wolność” manifestowała się wtedy na wiele różnych, czasami zakręconych, sposobów. Między innymi właśnie przez to moje nie chodzenie do kościoła i nie pamiętanie o Bogu. Nie czułam nad sobą sprawiedliwego Sędziego i to mi odpowiadało. Żyłam dla siebie i bez żadnych zobowiązań.

Po wypadku nagle i jak ręką odjął wolność przestała w ogóle dla mnie istnieć, tzn. wolność sama w sobie była, tylko nie było tej MOJEJ, a to była tragedia. Czułam się z niej zupełnie odarta i okradziona. Na szczęście odrodziła się ona wraz z odnalezieniem przeze mnie Boga, ale nie było to tak od razu. Swoje przejść musiałam. Najpierw zamiast wolności pojawiły się ograniczenia, a mój stan tylko je pogłębiał. Również ten psychiczny, bo było źle, chwilami bardzo źle. Nie umiałam sobie poradzić z brakiem tej mojej upragnionej, ukochanej i wyśnionej wolności. Myślałam wtedy, że nie mogąc korzystać z życia nie można być osobą wolną. Lepiej umrzeć. Dlatego właśnie początkowo miałam te pretensje i żal do Boga, że pozwolił mi żyć dalej. Po co mi takie życie, skoro nigdy nie będę wolna, a więc szczęście będzie dla mnie czymś nieosiągalnym. Dwukrotnie próbowałam nawet naprawić Jego błąd i niedopatrzenie. Chciałam sama wyprawić się na tamten świat. Podcinałam sobie żyły, ale zabrakło mi odwagi, żeby spokojnie patrzeć, jak życie ze mnie wycieka. Zawsze w końcu wzywałam pomoc. Tymczasem życie toczyło się dalej, tak jak poprzednio, czyli bez Boga i na smutno. Było mi ciężko, byłam nieszczęśliwa. Czekałam tylko, aż zgorzknieję do końca, bo na takiej właśnie drodze byłam.

Nawrócenie
Wróciłam do Kościoła, wtedy jeszcze katolickiego, kiedy umarła moja mama, katoliczka. Podobno to cierpienie sprowadza ludzi do Boga. W moim przypadku też tak było (ludzie mówią: „Jak trwoga to do Boga”). Wróciłam, to prawda, nie da się zaprzeczyć faktom, ale wróciłam na własnych warunkach. Pierwszym było nie chodzenie na msze w święta katolickie (oczywiście chodziłam w święta nakazane, nie chciałam „grzeszyć” przeciwko „przykazaniom kościelnym”, chociaż uważałam, że są one absurdem). Moim drugim warunkiem było nie uczestniczenie w żadnych procesjach w Boże Ciało, ani innych tego typu wydarzeniach. Poza tym, raczej nie brałam udziału we wszelkich przejawach kultu Maryjnego i pozostałych osób wyniesionych na ołtarze. Tak naprawdę nawróciłam się na Boga, a nie na Maryję i innych świętych, ich cały orszak. Jakaś część mnie była już protestancka, tyle że ja nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Nie myślałam o tym głębiej. Mama była katoliczką, więc ja też katoliczką byłam. Odziedziczyłam nawet wyznanie. To nic, że tak naprawdę wiary się nie dziedziczy. Nie zastanawiałam się nad tym i nie myślałam, bo po co? Niewiedza bywa kojąca. Teraz już wiem, że wiara to świadomy wybór (i to z podkreśleniem wyrazu „świadomy”). Innym dużo znaczącym dla mnie faktem, było odczucie wolności. Odkryłam i odczułam ją na nowo, tę prawdziwą, głęboką i w sensie duchowym, bo tylko taka ma sens. Zrozumiałam, że przedtem wcale jej nie znałam i nie miałam i żyłam sobie spokojnie w fałszu. Te moje warunki, na których wróciłam do kościoła, były wtedy w pewnym sensie manifestowaniem mojej nowej wolności.

W tym samym czasie zaangażowałam się bardzo aktywnie w życie parafii, bo przeszkadzała mi ta anonimowość w Kościele Katolickim. Wstąpiłam więc do grupy dyskusyjnej Siloe. Jej członkowie byli ludźmi logicznymi, cały czas są, nadawali się i nadają jak najbardziej do dyskusji, więc sobie rozmawialiśmy na różne tematy, ale znowu nie tędy wiodła moja droga do protestu. Grupa Siloe zaczęła wkrótce wydawać gazetkę parafialną i to był pierwszy krok, co prawda na razie malutki, ale jednak. Był to tygodnik, a my byliśmy naprawdę zaangażowani, ksiądz Krzyś też był, a ja, jako że spełniam się i realizuję pisząc, traktowałam ją, jak balsam dla duszy i do każdego numeru pisałam felieton o wydźwięku teologicznym.

Oczywiście, aby pisać, trzeba wiedzieć o czym i mieć odpowiednie tematy. Skłoniło mnie to do poszukiwań i zagłębienia się w teologię, z każdym tygodniem bardziej. Dlatego też i na tle innych katolików wydawało mi się, że mam dość dużą wiedzę jej dotyczącą. Jak bardzo się myliłam! Teraz czuję się taka „mała” w porównaniu z pozostałymi członkami mojego zboru, bo cały czas jestem początkującą i „świeżą” protestantką (świeżość tego określenia mnie zachwyca). Myślę jednak, że tak być powinno, bo to jest zdrowe. Wszystko wymaga czasu.

Protestanci
Bóg postanowił pokazać mi się prawdziwy w sposób trochę przewrotny. Pod felietonami w naszej gazetce podpisywałam się pseudonimem Chochlik Parafialny. Jako, że byłam tym diabełkiem (co nota bene bardzo mi się podobało), szukałam więc swoich korzeni i rozpracowywałam pojęcie zła, bo to przecież ono przypisane jest tej rogatej (wówczas także i mojej) rodzince. Oczywiście wykorzystywałam Internet, teraz to najłatwiejszy i najszybszy sposób pozyskania każdej informacji. W ten sposób trafiłam na stronę reformacji i jakoś to się tak ułożyło, że zaczęłam korespondować z jednym chłopakiem stamtąd, Tomkiem. On zaprosił mnie na jedno nabożeństwo. Poszłam, ale wytrzymałam tylko do połowy kazania. Wyszłam chyba między innymi dlatego, że dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że reformacja to protestanci, bo wcześniej jakoś do mnie to nie dochodziło i szczerze pisząc spodziewałam się ujrzeć tam księdza.

Jednak naszą korespondencję z Tomkiem kontynuowaliśmy, przy czym zaznaczyłam wtedy, że jestem zatwardziałą katoliczką (co jest najśmieszniejsze, bo jak to się ma do dzisiejszej sytuacji?). On to zaakceptował i nie próbował przekonywać mnie na silę do tego, w co wierzy. Po jakimś miesiącu zdecydowałam się ponownie zjawić na nabożeństwie. Nie wiem czemu - po prostu coś mnie ciągnęło i tym razem „wytrzymałam” całe. Od tej pory chodziłam regularnie, i aby jakoś to wytłumaczyć, również sobie (w niedziele chodziłam na msze, a potem prosto z kościoła szłam na przystanek autobusowy, żeby jechać na nabożeństwo!), mówiłam, że „uprawiam zdrowy ekumenizm”. W ogóle nie chciałam słuchać mojego księdza Krzysia, opiekuna grupy Siloe, który mówił, że co, jak co, ale czegoś takiego ekumenizmem nazwać nie można.

Wpływ kościelnego
Największy impuls skłaniający mnie do protestantyzmu poczułam, kiedy nasz kościelny, pan Jacek, usilnie starał się nakłonić mnie do zawierzenia Matce Boskiej i częstego odmawiania różańca. Bardzo mu na tym zależało. On sam uważa, że to dzięki niej przeżył poważną operację, której był poddany, ale nie wiem dokładnie, co to było, bo nie znam szczegółów, nie zagłębiałam się w nie. Pewnego dnia pan Jacek, który wiedział o mojej niechęci do Marii (nie wiem, jak inaczej to nazwać - może braku kultu jej oddawanego przeze mnie?), próbował wcisnąć mi różaniec mówiąc, że początkowo wystarczy, jeśli będę go tylko nosić przy sobie, a odmawiać miałam zacząć codziennie, ale dopiero po tygodniu (Jak fajnie! Jeszcze tydzień luzu!). Działo się to po mszy w zakrystii i dlatego właśnie wywołałam tam niemałe poruszenie. Ministranci, którzy służyli do mszy patrzyli na mnie przestraszeni, jeden to aż otworzył usta w przerażeniu, a ksiądz proboszcz, który mszę odprawiał wyglądał tak, jakby myślał, że mu matkę zabiłam, już pomijając wzrok pełen potępienia, jakim na mnie patrzył. Ksiądz Krzyś też przypadkowo był świadkiem całego zajścia. Jako jedyny podszedł do mojego zachowania z humorem i poradził, żebym wzięła różaniec, bo jeszcze pan Jacek będzie świętym, a ja będę miała wartościową relikwię, po czym poszedł załatwiać swoje sprawy. Tak naprawdę to sądzę, że ksiądz Krzyś wiedział, do czego zmierza moje zainteresowanie protestantyzmem w ogóle i co się stanie. Znał moje przekonania i kiedyś powiedział, że chciałby, żebym sobie protestowała sobie, ale w Kościele Katolickim.

Ale wracając do wydarzenia z różańcem, to kościelny cały czas nie dawał za wygraną, straszył, że Maryja się na mnie obrazi i że ja to odczuję, możliwe, że nawet bardzo, jeśli jej nie zawierzę (totalna niedorzeczność, nawet z katolickiego punktu widzenia). Pan Jacek traktuje ją chyba, a raczej na pewno, jako czwartą osobę Trójcy Świętej, albo w ogóle zamienia Trójcę w Czwórcę. Wynik tych naszych sporów był taki, że ja różańca oczywiście nie wzięłam (pisałam, że uparta duszyczka jestem), ale jednocześnie zabrakło mi argumentów uzasadniających moją odmowę. Tym moim największym i jedynym wówczas był fakt, że nie ma nic o Marii i modlitwach do niej w Piśmie Świętym. Wiem i pisałam już, że na razie kiepski ze mnie teolog, ale wierzę, że to się zmieni. Poza tym pracuję nad tym. Napisałam wtedy do protestanta Tomka po ratunek. Przydało się, bo nasz kościelny czuł się zobowiązany do „nawrócenia” takiej „zbłąkanej owieczki”, jak ja i kiedy tylko mnie zobaczył, zaraz zaczynał dyskusję o Marii. Ja jednak twardo pozostawałam przy swoich przekonaniach, że nie musimy jej czcić, że Biblia po prostu tego nie nakazuje, a to przecież Słowo Boga i że Jezus nie szukał pośredników, kiedy nauczał i uzdrawiał, tylko sam wychodził do ludzi. Tych argumentów od Tomka mam jeszcze kilka, ale nie będę się o nich rozpisywać, bo nie o tym miał być ten tekst.

Cała sprawa z panem Jackiem, Maryją i różańcem skłoniła mnie do poszukiwań, czyli do poczytania o protestantyzmie i o tym „z czym to się je”. Stało się tak dlatego, że ja naprawdę nie wiedziałam nic na ten temat. Powody są raczej przyziemne. Na lekcjach religii w liceum, na które chodziłam z przyzwyczajenia, a nie z przekonania, grałam z kumplami w pokera (I to na pieniądze. Było super, żyłkę hazardu w sobie ma chyba każdy!). Historii z kolei nigdy nie lubiłam i stosowałam na niej zasadę ZZZ (zakuć, zdać, zapomnieć), czyli z reformacji nic nie pamiętałam. I tutaj znowu pomógł mi Internet.

Czytałam naprawdę dużo. Dużo działo się też w mojej duszy. Doszło nawet do tego, że poszłam na poważną rozmowę z księdzem Krzysiem, bo chciałam, prosiłam i wręcz błagałam, aby wybił mi z głowy „ten” protestantyzm (piszę „ten” w cudzysłowie, bo chciałam jeszcze pozostać w Kościele Katolickim i protestanci mi zagrażali, protestantyzm mi zagrażał, tak przynajmniej wtedy to widziałam). On powiedział, że najważniejszy jest Bóg i nijak się to ma do tego, co robią i co czczą katolicy. Jednak ksiądz Krzyś jest człowiekiem mądrym, wartościowym i nie mówi rzeczy, których nie myśli, a myśli racjonalnie, dlatego uważam, że rację miał, ale z punktu widzenia księży, i to niestety tylko niektórych (np. on sam, a jest to ksiądz, jakich mało). Ci pozostali i tacy zwykli, szeregowi wierni twierdzą coś innego, stawiają głównie na pośredników i tę całą oprawę, gubią gdzieś Boga. Poza tym, wracając do początków mojego powrotu, to ja przecież nawróciłam się na katolicyzm i początkowo to właśnie on pozwalał mi oddychać i żyć w Bogu. Nie chciałam nic zmieniać, bo po prostu takie zmiany do najłatwiejszych nie należą. Poza tym trzeba zdawać sobie sprawę z ich istnienia, a ja myślałam sobie, że protestantyzm to jeszcze jedna religia, która ma swoich świętych, swoje święta i swoje procesję ze swoich okazji. Traktowałam go, jak jeszcze jedną odmianę katolicyzmu. Zupełnie nie przeszkadzało mi wtedy to, że katolicy spychają Boga na dalsze pozycje i modlą się do różnych innych bożków. Teraz dopiero widzę Go w centrum, po protestancku. Myślę, że właściwe.

Rozmowa z księdzem Krzysiem nie dała nic, dalej przeżywałam straszne walki i batalie duchowe. Podobno wszystkie Dzieci Boże je przeżywają, więc ja też musiałam. Jednego dnia byłam przekonana na 100%, że pozostanę katoliczką, by drugiego obudzić się z myślą, że rację mają protestanci. Na szczęście nie trwało to długo, dzięki temu, co powiedziała żona pastora mojego zboru, Agata. Mówiła ona, że oni, czyli mój zbór, wszyscy tak się męczyli, gdy odchodzili z Kościoła Katolickiego. Ja nie lubię się męczyć (jak większość, jedynym wyjątkiem są masochiści), więc przystąpiłam do zboru szybko. Niektórzy mogą myśleć, że to nie przemyślana decyzja (chociażby ksiądz Krzyś), ja jednak uważam, że postąpiłam właściwie. Dobrze mi tu, znalazłam wreszcie tego jedynego, Trójjedynego i prawdziwego. Boga.

Wakacje
Właśnie wakacje w moim powypadkowym wykonaniu wyglądają trochę dziwnie i nietypowo. Po pierwsze to chodzę zbyt wolno na jakiekolwiek wycieczki i wyprawy turystyczne (bo ja nie umiem chodzić, ale kuleje mi się łatwo, nie męczę się tak strasznie), i dlatego, to po drugie, mam problemy z towarzystwem na wyjazdach, czemu wcale się nie dziwię, bo te moje ograniczenia, a właściwie jedno ograniczenie jest spore. Nie załamuję się tym jednak, ale muszę myśleć o wakacjach dużo naprzód. Tak też było w tym roku. Od lutego wiedziałam, że pojadę z moją grupą duszpasterską Siloe w sierpniu do puszczy noteckiej, gdzie mieliśmy mieszkać na plebani u księdza na wsi i codziennie uczestniczyć we mszy świętej.

Wakacje w pełni, lipiec się kończył, a ja zaczynałam mieć myśli protestanckie i chciałam przyłączyć się do mojego zboru. Pojawił się więc konflikt interesów, bo co z tym moim wyjazdem?. Rozmawiałam z pastorem o tym, czy mogę z grupą pojechać. On powiedział, że owszem, ale msze mogą mi się nie podobać, ale jak chcę, to czemu nie? Ja odpowiedziałam, że nie ma racji, całe życie chodziłam na msze (nie biorę pod uwagę okresu, gdy byłam z dala od Boga), to czemu nagle bym nie mogła. Oczywiście odpowiedziałam bezmyślnie i trochę tak na gorąco. Pomyślałam dopiero później, na spokojnie i doszłam do podobnego wniosku, tylko co z moim wyjazdem, były wakacje i nagle nie ma wakacji, nigdzie nie pojadę?

Była to dla mnie tragedia, bo tak naprawdę to kocham wyjeżdżać, jednak zdałam się na Boga. Właśnie Jemu pozwoliłam działać i wyjechałam na obóz z protestantami, na którym były wykłady po angielsku o Pierwszym Liście Jana i o tym, że Bóg jest Miłością. W pierwszym rzędzie podszkoliłam mój angielski, ale też rozmawiałam tam z wieloma ludźmi i z kilkoma pastorami. Szukałam umocnienia mnie w decyzji o przestaniu być katoliczką (wtedy to byłam jeszcze naprawdę „świeża”, przed obozem tylko raz uczestniczyłam w Wieczerzy Pańskiej!). Praktycznie wszyscy mi pomogli. Po obozie czułam się silniejsza i mocniejsza. Wiedziałam i nadal wiem, że to jest to.

Szczęście w nieszczęściu
Po wypadku myślałam, że szczęście nie jest mi pisane. Żyłam sobie z tą świadomością i nie oczekiwałam żadnych zmian. Ostatnio jednak, całkiem niespodziewanie, doszłam do wniosku, że szczęśliwa jestem, tylko skąd to szczęście? Odpowiedź jest prosta - dostałam je od Boga za nic. Zupełnie z łaski, bo na szczęście nie zasłużyłam. Byłam, tak jak wszyscy inni, potępiona, a Bóg pewnie na mnie popatrzył i się uśmiechnął, a mi pozostało tylko wykorzystać ten Jego uśmiech i być szczęśliwą. Wolną też!

początek strony

© Teologia.protestanci.org   Design Protestanci.org