Teologia.protestanci.org - teologia dla początkujących i zaawansowanych   

www.teologia.protestanci.org   


 .:strona główna

 .:wprowadzenie
 .:teologia
 .:historia
 .:kościoły
 .:polemiki
 .:osobiście
 .:etyka
 .:rodzina
 .:forum dyskusyjne
 .:kontakt

 .:Protestanci.org

Mateusz Wichary: "Nasza przyszłość..."

Żyjemy w ciekawym momencie. Chwili, kiedy wszystkie rządy cywilizowanej części świata zgadzają się jednomyślnie, że mają pełne prawo do całkowitej infiltracji życia swoich obywateli. Najciekawsze, że obywatele na to przyzwalają.

Dlaczego? Dlatego, że obywatel Niemiec, czy Stanów Zjednoczonych woli kontrolę rządu niż otrzymanie węglika w liście czy niepewność czy pod Urząd Gminy nie podłoży ktoś bomby.

To oczywiście uzasadnione obawy. Jednak, usprawiedliwiają one działanie, które jest i zawsze było podstawą totalitaryzmu, a więc systemu Wielkiego Brata - gdzie Państwo ma prawo kontrolować wszystkie dziedziny życia obywatela.

Żyjemy w kraju, w którym nikogo to nie dziwi, bo zawsze tak u nas było (przynajmniej, odkąd sięgamy pamięcią). Poczucie wolności jest dla nas obce i trochę się go boimy. Wolimy władzę odgrywającą Dobrego Wujka, który się o wszystko zatroszczy. Nawet, jeśli przy okazji za nasze pieniądze wybuduje sobie nielegalnie domek w górach i daczę nad morzem.

Niestety, podobne idee są obecne również w większości państw Zachodniej Europy. Zapoczątkował je Rousseau postulując właśnie taką opiekuńczą i niemalże Opatrznościową rolę Państwa wobec obywatela (nie trzeba dodawać, że to koncepcja zupełnie sprzeczna z chrześcijaństwem, w którym to Bóg jest ostatecznym źródłem bezpieczeństwa, najlepszym przyjacielem i doradcą oraz prawodawcą).

Skąd bierze się popularność takiej wizji władzy? Myślę, że z lenistwa. Mamy naturalną tendencję przerzucania obowiązków na barki innych ludzi. Wydaje nam się więc, że opłacalnie jest utrzymywać władzę, która urządzi nam całe życie.

Problem tylko w tym, że takie urządzone przez władzę życie z czasem zabiera nam powietrze. Przestajemy mieć jakąkolwiek możliwość manewrowania; decydowania o samym sobie. Najlepszą ilustracją jest badanie przeprowadzone kiedyś równolegle w Szwecji - kraju o opiekuńczym modelu rządów - i Stanach Zjednoczonych. Podzielono całą populację dorosłych ludzi na klasy społeczne, ze względu na posiadany majątek. Okazało się, że (i) procentowo w Stanach Zjednoczonych jest więcej ludzi zamożnych niż w Szwecji; (ii) w Szwecji przez 20 lat obywatele przenoszą się jedynie o jeden szczebel wyżej w posiadanym majątku; tymczasem w Stanach 40% osób na początku przyjętego okresu będących w klasie najbiedniejszej dokonało skoku o ponad dwie klasy, a prawie 10% nawet do jednej z zamożniejszych klas.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ostatnia twierdza wolności zaczyna się chwiać. Chodzi mi oczywiście o Stany, których obywatele zdają się przyzwalać na ograniczanie ich wolności w stopniu, który byłby nie do pomyślenia jeszcze 50 lat temu. Rzeczywiście, wróg jest nowy. Tylko, czy lepszą alternatywą jest państwo totalitarne?

Francis Schaeffer pisał do chrześcijan w Stanach na początku lat osiemdziesiątych:

„problem, wobec którego dzisiaj stoimy to zmiana światopoglądu - czyli zmiana fundamentów w całym systemie sposobu myślenia... W ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat [czyli: pomiędzy latami dwudziestymi a osiemdziesiątymi naszego wieku] wspólne wartości, na których zbudowano naszą kulturę odeszły od chrześcijaństwa (oczywiście od razu należy zaznaczyć, że nie były doskonałe) ku wartościom Oświecenia; czyli systemowi przekonań stojącemu w całkowitej opozycji do prawdy chrześcijaństwa w każdej dziedzinie - włączając zaprzeczanie ponadnaturalnym zjawiskom; to wiara w samowystarczalność człowieka z jego zdolnościami poznawania; odrzucenie doktryny o Upadku ludzkości w grzech; bóstwa Chrystusa i Jego zmartwychwstania; wiara w doskonałość człowieka; zniszczenie Biblii. Towarzyszy temu całkowita klęska moralna.... Etos chrześcijański zastąpiono niezależną od Boga wolnością. Potężne wolności, którymi kiedyś się cieszyliśmy odcięte od swych chrześcijańskich korzeni stały się siłą zniszczenia prowadzącą do chaosu. A kiedy pojawia się chaos, to mamy tak naprawdę bardzo mały wybór. Cała moralność staje się relatywna, prawa arbitralne, a społeczeństwo powoli przesuwa się ku rozpadowi. W osobistym i społecznym wymiarze współczucie zastąpione jest egoizmem... kiedy pamięć o chrześcijańskim światopoglądzie zaniknie, pojawiają się autokratyczni manipulatorzy, którzy wypełniają powstałą pustkę. W tym momencie pojęcie „prawicy” bądź „lewicy” nie robi różnicy. Są dwoma drogami do tego samego celu: skutki są te same. Elita autorytarnie będzie wpływać na społeczeństwo, by nie stoczyło się w bezład - i większość ludzi się będzie z tym zgadzać.” (Evangelcal Disaster, Crossway Books, Westchester, 1984; s. 23, 35-6).

Człowiek chce wolności. Wolności do służenia Bogu bądź do grzeszenia. Wolność do służenia Bogu z założenia opiera się na zasadach. Inaczej nie może. Musi się odwoływać do wartości i prawdy poza samym człowiekiem. Wolność do grzeszenia wręcz przeciwnie. Wszelkie wartości prócz pragnienia samozaspokojenia ograniczają jednostkę, która ten cel chce osiągnąć. Dlatego będzie odcinać się, podważać wszelkie wartości, jakie ją krępują.

Problem tylko, że to prowadzi do chaosu. Nie ma zasad; nie ma społeczeństwa. Albo jest bardzo słabe. Łatwe do podbicia bądź manipulowania.

Żyjemy nie tylko w społeczeństwie, ale w cywilizacji, która chce grzeszyć. Nie ma co ukrywać, że ma to wpływ na chrześcijan. Choć jesteśmy dziećmi Bożymi , jesteśmy też dziećmi swojego czasu.

Jeszcze jeden cytat. Tym razem z historyka:

„Nasze badania nad martwymi cywilizacjami nie pozwalają nam na stawianie horoskopów naszej własnej cywilizacji bądź jakiejkolwiek innej spośród cywilizacji jeszcze istniejących. (...) Z drugiej strony, kiedy dokonujemy empirycznych studiów porównawczych nad drogami, jakie martwe cywilizacje przeszły od upadku do rozkładu, odnajdujemy, jak się wydaje, jakąś postać (...) jednostajności, co jednakże nie zaskakuje. Skoro upadek oznacza utratę kontroli, to z kolei utrata kontroli oznacza przejście wolności w automatyzm, i o ile czyny wolne są nieskończenie zmienne i nieprzywidywalne, to procesy automatyczne bywają na ogół zuniformizowane i regularne.

Mówiąc krótko, regularnym wzorcem społecznej dezintegracji jest rozbicie społeczeństwa na opozycyjny ploretariat i coraz mniej skutecznie panującą mniejszość. Proces dezintegracji nie przebiega gładko: wstrząsają nim na przemian spazmy rozpadu, mobilizacji i znów rozpadu. W czasie przedostatniej mobilizacji, panującej mniejszości udaje się na pewien czas powstrzymać samounicestwienie się społeczeństwa przez narzucenie mu pokoju uniwersalistycznego państwa. W ramach tego państwa, stworzonego przez panującą mniejszość, proletariat tworzy uniwersalistyczny kościół, a po następnym rozpadzie, w którym dezintegrująca się cywilizacja ginie ostatecznie, kościół uniwersalistyczny może żyć nadal, stając się poczwarką, z której powstaje w końcu nowa cywilizacja.” (Arnold J. Toynbee, Cywilizacja w czasie próby, Przedświt, Warszawa 1991, s 13).

Oczywiście, powyższy cytat nie jest Słowem Bożym. Nie można go traktować jak natchnione Słowo. Ale nie powinniśmy również lekceważyć wniosków wybitnego historyka, opartych o badania największych minionych cywilizacji.

Świat się staje globalną wioską. Wydaje mi się, że jeśli obecna cywilizacja się załamie, będzie to największy krach. Dlaczego miałby się załamać? Z braku wolności. Wolności do konstruktywnych działań. Wolności opartej na zasadach uznawanych przez społeczeństwo za nienaruszalne; które są fundamentem pod prawa obowiązki każdej jednostki. Tej wolności w naszej cywilizacji brakuje. Najwięcej było jej właśnie w Stanach Zjednoczonych. Teraz prawdopodobnie owa oaza inicjatywy i stymulujących trendów zdaje się chwiać. To oznacza nadchodzące czasy totalitaryzmu światowego (bez względu na to, czy oświeceniowego, czy talibskiego, czy jakiegokolwiek innego), a po nich rozkład znanego nam świata.

Nie jestem prorokiem i to, co piszę to jedynie (do pewnego stopnia) prawdopodobna wersja rozwoju wypadków. Pozwólcie jednak, że podzielę się dalszą refleksją: Jeśli nie będziemy w stanie zbudować alternatywnego społeczeństwa, które będzie w stanie przetrwać chaos, do którego dąży nasza cywilizacja, przeminiemy wraz z nią. Społeczeństwa - czyli pewnej kultury, która byłaby na tyle silna, by dyskutować z kulturą świata. Dziś chrześcijaństwo - ja i ty - jesteśmy zbyt słabi. Głównie dlatego, że pozwalamy sobie na relatywizację prawa Bożego, obiektywnych faktów wiary; autorytetu Słowa. Zachowań; moralności. Brak nam odwagi i tego, co Anglicy nazywają „integrity” - silnego, niezłomnego charakteru. Przez to ulegamy duchowi czasów, który niesie nas w tym samym kierunku, co całą resztę.

Pewnie sami jesteśmy już w pewnym sensie straceni - możemy być jedynie świadomi swoich braków. Ale możemy ukształtować naszych uczniów i nasze dzieci świadomie, w konfrontacji do otaczającego nas świata. To oznacza cenę - może wprowadzenie dyscypliny już w naszych zborach zapomnianej; podwyższenie zasad moralności; w końcu - podejmowanie decyzji o ofiarności i zapieraniu się samego siebie, by uratować w nas, co się jeszcze da. I nadzieję, że Bóg powoła sobie w następnych pokoleniach kościół silniejszy i bardziej opozycyjny wobec grzechu, kłamstw, egoizmu i rozwiązłości.

Bo jeśli nie, to pozostaje nam tylko nadzieja, że jakiś papuas, który przetrwa i po nas zacznie budować nową cywilizację odnajdzie Biblię któregoś z nas i się nawróci. A drugi do niego dołączy i znów powstanie kościół.

Albo, że Jezus jednak wkrótce powróci. Ale jeśli nawet, niech nas Bóg chroni od uciekania od obowiązków myślenia o otaczającym nas świecie przez podświadome zrzucanie odpowiedzialności na Jezusa, który powinien już powrócić, bo nam się nie chce Mu służyć.

początek strony

© Teologia.protestanci.org   Design Protestanci.org