Teologia.protestanci.org - teologia dla początkujących i zaawansowanych   

www.teologia.protestanci.org   


 .:strona główna

 .:wprowadzenie
 .:teologia
 .:historia
 .:kościoły
 .:polemiki
 .:osobiście
 .:etyka
 .:rodzina
 .:forum dyskusyjne
 .:kontakt

 .:Protestanci.org

Przemysław Gola: "Vita mea."

Całe życie uczymy się i popełniamy błędy. To stwierdzenie może wydać się truizmem, jednak faktycznie nigdy nie możemy powiedzieć, że dokonaliśmy biegu, czy też osiągnęliśmy stan ducha, który by nas satysfakcjonował. Kiedy już wydaje nam się, że osiągamy cel, niespodziewanie wyślizguje się on nam. I znowu wędrówka rozpoczyna się jakby od początku. Moja praca nie tylko będzie opowieścią o takiej gonitwie za wiatrem, lecz również sama w sobie będzie tego rodzaju gonitwą, bo czyż koś może odpowiedzieć na pytanie, kim jestem. A czy ktoś zdołałby opisać swoją podróż życiową, tzn. wszystkie uśmiechy, które kiedykolwiek zostały do niego skierowane, wszystkich naburmuszonych urzędników, którzy wyprowadzili go z równowagi itd. No właśnie, jakiż to talent trzeba by posiadać, żeby przywołać tu te wszystkie pożółkłe fotografie z albumu naszej pamięci. A przecież to z nich przede wszystkim składa się nasze życie...

1. Moje korzenie.

Moja rodzina nie jest zbyt liczna. Mam na myśli tę najbliższą rodzinę, z którą utrzymuje jakieś bliższe kontakty. Pozwolę sobie przedstawić jej członków i pokrótce scharakteryzować relacje, jakie w tejże rodzinie panują. Niestety we wczesnym dzieciństwie moi rodzice rozwiedli się. Ojciec założył nową rodzinę i raczej nie poczuwał się do tego, aby utrzymywać kontakt ze „starą”. Ale przecież wiadomo, że choć osoby te nie miały wpływu na moje życie, to ten brak wpływu miał na nie wpływ przemożny. Będąc jedynakiem, wychowywanym tylko i wyłącznie przez mamę, w zasadzie od najmłodszych lat byłem głową rodziny. To poczucie obowiązku, które towarzyszyło mi niemal od dziesiątego roku życia na zawsze wyposażyło mnie w szereg, zarówno pozytywnych jak i negatywnych cech. Z jednej bowiem strony mogłem się cieszyć zupełnie inną wrażliwością niż moi rówieśnicy, których często największym problemem życiowym było posiadanie gorszego od innych modelu komputera, z drugiej zaś strony te bogate doświadczenia chyba już na zawsze przekonały mnie o własnej wyjątkowości i niezłomności charakteru. A przecież wiemy, że takie przekonanie w późniejszym czasie życie potrafi w nieoczekiwany i nie zawsze przyjemny sposób korygować.

Spójrzmy na stronę mojej mamy. To właśnie ta grupa ludzi była całym moim światem w dzieciństwie. Moi dziadkowie, przeświadczeni o tym, że zostałem w straszliwy sposób pokrzywdzony przez los, próbowali i nadal próbują mi tę krzywdę za wszelką cenę wynagrodzić. Byłem obsypywany od najmłodszych lat prezentami i komplementami. Ciągle zapewniany o własnej wyjątkowości i wychwalany pod niebo za najmniejsze osiągniecie, systematycznie wzrastałem w przekonaniu o swej wartości. To przekonanie stało się pożywką dla moich ambicji, a ambicje z kolei gwoździem do trumny dla późniejszych relacji z ludźmi, o czym jeszcze będę miał okazję obszerniej napisać. Tak więc, reasumując, spotkał mnie los chyba większości jedynaków, co zostało spotęgowane faktem, że byłem również jedynym wnukiem moich dziadków.

Jeśli chodzi o relacje pomiędzy członkami mojej rodziny, to byłem świadkami raczej tych niezdrowych. Nieudane i nietrwałe małżeństwo moich rodziców, trwałe, chociaż również nieudane małżeństwo moich dziadków i brak małżeństwa mojego wujka to na prawdę niezłe wiano na przyszłość. Dodatkowo umiarkowany szacunek domowników względem siebie oraz ich wybuchowe usposobienie stało się przyczynkiem do tego, że odpoczywam raczej od rodziny, niż w rodzinie.

Ostatecznie swoją przeszłość oceniam bardzo pozytywnie. Zresztą chyba każdy mógłby przyznać, że bez względu na to, jaka ona była, jej właśnie zawdzięczamy to, kim jesteśmy. W moim przypadku nie była ona ani łatwa, ani typowa. Nie mogę powiedzieć, żeby moim udziałem stały się jakieś szczególnie dramatyczne doznania, ale z pewnością moja młodość nie zawsze była kolorowa. Przede wszystkim chyba pragnę wyrazić pogląd, że jestem wdzięczny mojej przeszłości za to, jaka była. Wycisnęła przecież piętno zarówno na mnie samym, mojej przyszłości, relacjach z ludźmi, jak i na relacji z Bogiem. Dzięki niej jestem bardzo samodzielny, obowiązkowy, stabilny i łatwo się nie poddaję przeciwnościom losu. Ale też ta przeszłość dała mi czasem niewłaściwy osąd własnej osoby, może trochę wygórowane poczucie własnej wartości, nadwrażliwość, która później sprawi, że z trudem będę znosił krytykę innych osób.

2. Ja i inni.

No właśnie inni. Kiedy byłem nastolatkiem, czyli jeszcze nie tak dawno temu miałem obsesję bycia niezależnym. Gardziłem konformistami, lub też osobami, które swoje życie uzależniają od innych. Chciałem za wszelką cenę być niezależnym, i wolnym od jakiegokolwiek wpływu innych ludzi. Nade wszystko nie chciałem, aby opinia innych wpływała choćby w najmniejszym stopniu na moje samopoczucie. Jeśli byłaby ta opinia pozytywna, to dobrze, jeśli zaś nie, to byłby to problem innych osób, a nie mój.

I rzeczywiście, chyba nie najlepiej układały się moje stosunki z innymi. W dzieciństwie byłem przyzwyczajony, że otaczano mnie podziwem nawet za najmniejszą rzecz, natomiast gdy byłem zmuszony wyjść z inkubatora, świat okazał się nie być taki przychylny. Tutaj nie wystarczyło już po prostu być, ale trzeba się było wkupić czymś w łaski otoczenia. Trzeba się było śmiać z dowcipów, które nie są śmieszne, chwalić innych za występki godne pożałowania, przyjąć bez sprzeciwu reguły obowiązujące w grupie. Łatwo się zatem domyślić, że długi czas nie posiadałem żadnych przyjaciół, a już na pewno nie takich, na których można by polegać w każdej sytuacji. I tutaj pojawia się konflikt sumienia, czy zaakceptować reguły, które obowiązują w grupie, bo przecież potrzeba przynależności i akceptacji w nastolatku odzywała się bardzo głośno, czy raczej pozostać samotnikiem patrzącym na wszystkich z góry. Czasem byłem zdecydowany, aby wytrwać w swoich przekonaniach i ewentualnie czekać na przyjaciół, którzy będą podobni do mnie, z czasem jednak zrozumiałem, że ci przyjaciele nigdy nie nadejdą, bo przecież nie mogą się oni rekrutować z Marsjan, ale z tych właśnie ludzi, których spotykam na co dzień, bo bez względu na to, gdzie się znajdę ludzie będą do siebie podobni.

Po szkole podstawowej nadeszła szkoła średnia, potem studia, zdążyłem też zmienić swoje miejsce zamieszkania, i za każdym razem przekonywałem się, że przyczyna opisanego wyżej stanu rzeczy tkwi we mnie a nie w moim otoczeniu.

Cóż z tym fantem zrobić? Czy w sposób sztuczny utrzymywać przeświadczenie, że nie potrzebuję nikogo? A może trochę odpuścić i zyskać sobie przyjaciół przyjmując konformistyczne wzory zachowań? Odpowiedź przyszła wraz z moim nawróceniem się do Boga. Odrzuciłem kategorycznie oba warianty, a przystałem na trzeci, pośredni. A może by tak nie przyjmować zachowań, z którymi czuję się niewygodnie, a zarazem przyznać, że potrzebuję ludzi i potrzebuję ich akceptacji, zaś całą sprawę powierzyć Bogu i czekać na to, co będzie.

Poskutkowało? Jeszcze nie jestem pewny czy w stu procentach, ale w jakiejś części na pewno. Bez wątpienia moje nawrócenie zmieniło bardzo mój charakter. Stałem się łagodniejszy i bardziej taktowny; tak mi się przynajmniej wydaje. Mam bardzo określone zasady, według których staram się postępować, a poza tym obracam się w środowisku ludzi, którzy mają bardzo podobny system wartości. To pomaga! Mam określony krąg przyjaciół, wiernych i, użyję górnolotnego słowa, szlachetnych. Czasem pojawia się tylko wątpliwość, czy nie są to przypadkiem tylko przyjaźnie instytucjonalne, to znaczy, czy łączy nas prawdziwa przyjaźń, czy tylko wspólne sprawy, które razem realizujemy. Oby dobry Bóg obdarował mnie szerokim gronem ludzi, którzy okażą mi wiele cierpliwości. Bardzo tej łaski potrzebuję.

3. Przemiana życia- ja i Bóg.

Nie ma chyba człowieka, który nie rozmyślałby o przyszłości: zarówno tej bliższej, jak i tej dalszej. I ja od zawsze byłem takim człowiekiem. Jednakże od najmłodszych lat rozmyślałem o przyszłości przez duże „P”. Nigdy nie byłem człowiekiem, który przechodziłby obojętnie obok takich tematów jak śmierć, życie po śmierci, sens życia. Chyba jak każdy normalny człowiek zadawałem sobie pytanie o trwałość dzieła, jakie staram się budować na tym świecie i naturalnie szukałem odpowiedzi na to pytanie. Poznawszy różne systemy religijne i filozoficzne, popadłem w totalne zwątpienie. Ignoramus et ignorabimus! Nic nie jest pewne. Można powiedzieć, że utonąłem w morzu sceptycyzmu: wszystko wydało mi się obce i zdradliwe, na niczym nie można było się oprzeć, niczemu zaufać. Aż w końcu przyszedł czas na refleksję innego rodzaju...

Czy można wierzyć we własne istnienie, a zarazem poddawać w wątpliwość istnienie Boga? Czy można wierzyć w Boga oraz w to, że jesteśmy Jego stworzeniami, a zarazem twierdzić, że tenże Stwórca zapiera się swego stworzenia, unika komunikowania się z nim, a jeśli już decyduje się uchylić rąbka tajemnicy odnośnie swojej osoby, to przekaz ten jest zazwyczaj nie jasny, pełen sprzeczności, paradoksów i nieporozumień. Myśl taka wydała mi przerażająca. Odpowiedziałem na wyżej postawione pytania zdecydowanie: nie. Czy mógłbym więc czymś swoje stanowisko poprzeć? Niestety nie dam rady wygłosić jakichś racjonalnych argumentów, które nawet z najzagorzalszego niedowiarka uczyniłyby człowieka pełnego wiary. Stojąc na rozdrożu, gdzie jedna droga prowadziła do ruchomych piasków niepewności, a druga odkrywała mi Boga, postanowiłem wybrać to drugie. W obliczu braku racjonalnej alternatywy postanowiłem zaufać w sposób irracjonalny, „skoczyć w absurd”, uwierzyć „głupiemu zwiastowaniu”.

Byłem gotów położyć swoje życie przed Bogiem. Teraz jest moim Panem i Zbawicielem. Nawróciłem się w wieku dziewiętnastu lat i był to największy przełom w moim życiu. Wszystko uległo zmianie i muszę powiedzieć, że aż do tej pory mam mętlik w głowie, a jak sięgnę pamięcią wstecz, to widzę jak jeszcze nie tak dawno w mojej głowie szalał prawdziwy huragan.

Przeżyłem nawrócenie do Boga, zaznałem przeogromnego pragnienia relacji z nim; przeżyłem okres poszukiwania kościoła i moment wejścia w nową społeczność nieznanych mi dotąd ludzi; przeżyłem walkę z pokusą i wiem, jakie są koszty zerwania z grzechem; wątpiłem we własne zbawienie; byłem przekonany o własnym zwiedzeniu; zawiodłem się na służbie dla Boga. Mógłbym tę listę kontynuować jeszcze bardzo długo. Jedno jest pewne: Bóg przeprowadził mnie przez to wszystko i jestem o wiele bogatszy niż na początku swojej chrześcijańskiej drogi.

Gdybym miał wskazać na najważniejszy element mojej relacji z Bogiem, to nazwałbym go „szczerość przed Bogiem w modlitwie”. Pewien czas temu zwróciłem uwagę na to, że mogę przynieść Bogu każdą moją sprawę, i choć intelektualnie rozumiałem tę zasadę już nawet jako człowiek niewierzący, to jednak całym sercem zaakceptowałem ją znacznie później. Teraz nie waham się powiedzieć Bogu, czy poprosić Go nawet o rzeczy, których jako chrześcijanin nie powinienem pożądać, np. bycia bardzo bogatym człowiekiem. W moich kontaktach z innymi chrześcijanami, przede wszystkim młodszymi, staram się zwracać ludziom uwagę właśnie na tę kwestię.

4. Plany i marzenia.

Życie człowieka trwa lat 60, 70... Chcielibyśmy, aby wszystko w tym życiu działo się szybko. Szybko skończyć szkołę, szybko znaleźć pracę, szybko założyć rodzinę: po prostu jakoś się w tym życiu urządzić.

Nie jestem tutaj wyjątkiem. Niecierpliwię się, staram się popędzić los modlitwą, niestety daremnie. Bóg ma własny plan, zbyt nas kocha, aby pozwolić nam przy nim majstrować.
Mimo to wyznaczam terminy, daty, nazwy szkół teologicznych, określam kosztorys i jestem gotowy na to, że Bóg pokieruje wszystkim zupełnie inaczej.


Całe życie uczymy się i popełniamy błędy. Tymi słowami rozpocząłem moją pracę, tymi chciałbym zakończyć. Pragnę jeszcze tylko wyrazić przekonanie, a nawet, lepiej powiedzieć, nadzieję, że za pięć lat będzie już ona w dużej części nieaktualna. Oby Bóg błogosławił moją przyszłość i sprawiał, że rzeczywiście dzięki tym błędom będę się uczył i do Niego przybliżał.
początek strony

© Teologia.protestanci.org   Design Protestanci.org